środa, 5 lipca 2017

Rodział 2,2 - Cassandra

     Skonfundowana, aby zapomnieć o wydarzeniach sprzed momentu, postanowiłam sięgnąć po jedną z książek leżących na mojej zakurzonej półce. Już dawno nie czytałam żadnej z mojego zbioru, przez co miałam ochotę odświeżyć sobie te najciekawsze tomy. Przejechałam dłonią po wierzchach książek, po czym wybrałam jedną, obłożoną w czarną oprawę, z brązowo-szarymi elementami imitującymi zabrudzenia. Tomik był o tyle stary, że tytuł lekko się starł, łącznie z imieniem i nazwiskiem autora, którego nie było widać w ogóle. Nie wiedziałam nawet, jak nazywa się osoba, której książki czytałam z uwielbieniem, bo w momencie odnalezienia jej, była już w stanie niewiele lepszym od tego, w którym obecnie się znajdowała. Po dokładnym przyglądnięciu się książce, odwróciłam głowę w stronę wnętrza mojego pokoju. Tak jak nigdy nie zwracałam na to uwagi, zauważyłam, że jest dość przytulny, mój. Wszystkie sypialnie w Instytucie zawsze pozostawały dla mnie obce i tajemnicze, jakby mieszkała w nich osoba bez uczuć. Jak to ujęła kiedyś moja mama, ''Tylko twój pokój jest tak zagracony, że nie widać w nim ani grama sypialni, którą dostałaś jeszcze jako dziecko. ''- zgadzałam się z tą opinią w większości, jednak nie mogłam nazwać mojego kąta zagraconym, bo były w nim rzeczy, które dodawały mu uroku i które lubiłam.
     Ściany były w kolorze lekko zabrudzonej szarości, niektóre fragmenty ścian przykryte były różnymi plakatami zbieranymi tutaj już od dziecka. Łóżko z prawie białego, jasnego drewna miało na sobie biały baldachim. Lubiłam zawsze okrywać je szarym, puchatym kocem, który dostałam od dziadka na piąte urodziny. Mimo, iż był trochę stary, nadal go uwielbiałam. Nie byłam zbyt minimalistyczna, więc nie mogło zabraknąć całej gamy różnokolorowych poduszek porozrzucanych po całym łóżku. Obok niego znajdowały się dwie szafki nocne wykonane z takiego samego drewna. Na jednej z nich leżał budzik i biała lampka nocna, która często się buntowała i nie chciała wyłączyć. Jak w sypialni każdej nastolatki, nie mogło zabraknąć garderoby, w której znajdowało się multum ciuchów, jednak w połowie z nich wcale nie chodziłam. Ostatnio dostałam od ojca również toaletkę, którą zapełniłam wiecznie pustą część pokoju. W rogu znajdowało się również niewielkie biurko, przy nim krzesło, a po jego prawej stronie leżała wielka poduszka a'la fotel w kształcie misia. To, że przywiązywałam się do wszystkich osób i rzeczy w moim życiu sprawiło, że cały pokój wypełniony był obrazami i zdjęciami.
     Westchnęłam cicho, po czym usiadłam na łóżku, i zagłębiłam się w lekturę. Odkrywanie po raz kolejny tych samych, ekscytujących faktów książki sprawiło, że na nowo przypomniało mi się, jak czytanie zabierało mnie do innego świata. Nim zdążyłam się spostrzec, słońce powoli zaczęło zachodzić, a pomieszczenie przybrało nieco ciemniejszą poświatę w miejscach, gdzie nie docierały ostatnie promienie słońca. Odłożyłam tomik, zaintrygowana cudownym zachodem słońca, który mienił się złotem, pomarańczą i różem, zamiast, jak zwykle, błękitem.
     Patrząc na zegar naprzeciwko mojego łóżka, spostrzegłam, że jestem już spóźniona na kolację, więc czym prędzej popędziłam do jadalni. Po posiłku Damon namówił mnie na pójście na dach, bo słońce nie zaszło jeszcze do końca, a stamtąd mieliśmy piękny widok na całe miasto. Nie zabawiłam tam długo, bo przypomniało mi się, że rodzice chcieli się ze mną pożegnać. Cholera, aż tak szybko o tym zapomniałam? Rozdzieliliśmy się z Damonem na głównym korytarzu - on poszedł do siebie, ówcześnie niespodziewanie całując mnie w policzek z szelmowskim uśmiechem na twarzy, a ja do salonu, gdzie zazwyczaj przesiadywali rodzice. Nie myliłam się, i zastałam ich tam popijających herbatę przy kominku. Teoretycznie nie wydało mi się to dziwne, bo zawsze to robili, jednak dla innych picie herbaty przy kominku w lato byłoby niebezpiecznie dziwne.
- Cześć, mamo. Cześć, tato. - powiedziałam, siląc się na uśmiech.
   Natychmiast odwrócili się, mama z uśmiechem na ustach, tata, jak zwykle, obojętny. Podeszłam bliżej, rozsiadając się na kanapie pomiędzy rodzicami.
- Cecily mówiła, że dzisiaj musicie znów pójść na polowanie do miasta. Powinna potem zjawić się u ciebie z dokładną lokalizacją. - oznajmił William, popijając łyk herbaty. To dziwne, że mój własny ojciec wydawał się mi obcy, mimo iż widywałam go codziennie?
- Tak, Damon mi mówił. - rzuciłam krótko, bez zbędnych emocji.
- Mam nadzieję, że będzie ci towarzyszył. Sensory wykazywały dużą aktywność. - uniósł lekko brew, w pytającym geście.
  Nic nie odpowiedziałam, bo nie widziałam potrzeby.
- Cóż, wyjedziemy wczesnym rankiem, a niedługo zmrok. Chodź do mnie, kochanie. - powiedziała wzruszona mama, wstając. Usiadła obok mnie, tuląc mnie niemiłosiernie mocno. Nie rozumiałam tego, jak różnie obydwoje podchodzili do mojego wychowania, a i tak zawsze się dogadywali. Tylko raz przyłapałam ich na kłótni.
     Resztę wieczoru spędziłam na pożegnaniach, zjawiła się również Cecily, z którą poszłam w stronę mojej sypialni. Miałyśmy wtedy okazję trochę przedyskutować sytuację z demonami, a potem także poplotkować. Mimo, iż brunetka była ode mnie dziesięć lat starsza, bardzo dobrze się z nią dogadywałam. Pożegnałyśmy się na sklepieniu dwóch dróg - jednej prowadzącej do mojego pokoju, a drugiej do pokoju Cecily. Po zamknięciu drzwi na klucz, opadłam na łóżko, patrząc zawzięcie na sufit, na który kiedyś w dzieciństwie nakleiłam świecącą nalepkę z księżycem i własnoręcznie wyciętą runą. Świeciły tylko w ciemności, która teraz była dla mnie zbawieniem. Miałam ochotę odpocząć, jednak wiedziałam, że czeka mnie jeszcze polowanie, i znów się nie wyśpię. Poczułam kłujące pulsowanie na skroni, które towarzyszyło mi od dosłownie paru minut. Po chwili spędzonej na zastanowieniach, zmierzyłam w stronę łazienki.
     Spojrzałam znudzonym wzrokiem na moje odbicie w lustrze. Wory pod oczami spowodowane nieprzespanymi nocami skutecznie zamaskowałam makijażem jeszcze rano, ale teraz zaczęły dawać się we znaki. Mimo, iż Nocni Łowcy rzadko odczuwali zmęczenie, ja czułam się jak po nieprzespanym miesiącu. Zmyłam grubą warstwę podkładu spod oczu i tusz z rzęs, po czym wzięłam gorący prysznic dla odświeżenia umysłu. Zakryłam ponownie wory pod oczyma, tym razem korektorem, ubrałam strój do polowań i wyruszyłam w stronę głównej bramy. Czekał tam na mnie Damon.
- No, no. Trzy minuty spóźnienia, moja droga, odkąd przyszedłem oczywiście, a wcześniej nie liczyłem. - powiedział brunet nawijając sobie kosmyk moich włosów na palec.
- A gdzie chociażby cześć? - burknęłam, krzyżując ręce na piersi.
- Pfff... Lepiej już chodźmy, Cecily czuwa w pobliżu. I twój ojciec. - wzruszył ramionami chłopak, po czym ruszyliśmy w stronę opisanego wcześniej miejsca, a raczej paru miejsc. Jako, iż były one od siebie oddalone dość spory kawałek, postanowiliśmy się rozdzielić
     Skręciłam w boczną uliczkę, w której coś ewidentnie zajechało demonami. Ostry, niezbyt miły zapach zgnilizny dawał się we znaki, przez co zmuszona byłam zachować czujność. Wyciągnęłam łuk i naciągnęłam na niego strzałę, gotowa wystrzelić. Demon padłby w ciągu jednej sekundy. Szłam pewnie przed siebie, uważając, by nic na mnie nie wyskoczyło. Nagle na końcu uliczki coś się poruszyło i dostrzegłam średniej wielkości, obrzydliwego demona, z którego paszczy wydobywał się czarny jad. Natychmiast strzeliłam, przez co stworzenie od razu uciekło do piekła. Będąc bliżej ślepego zaułka, na którego końcu było parę śmietników, za którymi zapewne było więcej demonów, sięgnęłam do pasa po seraficki nóż imieniem Azuthriel. Szepnęłam jego imię, przez co rozświetlił mi drogę w ciemnej uliczce. W pewnym momencie coś szybkiego pociągnęło mnie za rękę, w której trzymałam łuk, nie mając czasu go schować, i zatopiło w niej kły. Poczułam kujący ból, przez co zamachnęłam się drugą ręką, zabijając małego, gryzącego mnie demona. Cholerne, małe demonki. Dlaczego musiały poruszać się bezszelestnie? Na dodatek ich jad był tak trujący, że zabijał w przeciągu trzech dni. Tępy ból przeszył całe moje ciało, a zawroty głowy zaczęły ogarniać moją głowę. Traciłam widoczność, lecz kątem oka dostrzegłam dużego pożeracza skaczącego wprost na mnie. Zamachnęłam się Azuthrielem, krzycząc jego imię, po czym na obrzydliwym, pokrytym śluzem ciele demona zrobiła się wielka rysa, z której zaczęła sączyć się czarna maź. Nie będzie tak łatwo, jak z tamtym małym. Demon skulił się, podchodząc do mnie od dołu. Niespodziewanie wskoczył wprost na moją głowę, więc schyliłam się, w powietrzu tnąc jego odrażające cielsko. Stworzenie cicho jęknęło, odskakując na ścianę, po czym ponownie zaatakował. Odwróciłam się w jego stronę, wymierzając ostrzem serafickim prosto w jego głowę, i tnąc tak, że demon nie miał żadnych szans ucieczki, nóż przeciął jego łeb, tym samym go zabijając. Wił się jeszcze przez chwilę, po czym zniknął, wracając do piekła. Nie zdążyłam odetchnąć, zanim dostrzegłam dwa pożeracze i jednego demona, którego nie potrafiłam rozpoznać, biegnące zza rogu prosto na mnie. Szybkim ruchem wyciągnęłam łuk i naciągnęłam strzałę, trafiając w ramię jednego pożeracza. Zatrzymało go to na chwilę, jednak pozostałe nie zatrzymywały się ani na chwilę, w końcu były głupie i martwiły się jedynie o siebie. Naciągnęłam strzałę ponownie, celując w nieznanego mi dotąd demona. Trafiłam w klatkę piersiową, przez co usłyszałam głośny skrzek, jakby żaby. Pożeracz wbiegł wprost na mnie, przez co nie miałam czasu nawet wyjąć noża serafickiego. Jego ciężar spowodował, że upadłam, padając prosto na twardą posadzkę, uderzając głową w ceglaną ścianę budynku. Kolejny ból przeszył moje ciało, przez co cicho syknęłam. Wyjęłam ostrze cudem unikając podrapania po twarzy przez pożeracza, który pazurami zaczął ciąć moją klatkę piersiową. Wbiłam nóż prosto w jego brzuch, przez co demon poszedł prosto do piekła. Niestety, ostatnie dwa monstra biegły już w moją stronę, bo strzały tylko na chwilę je oszołomiły. Zaczęło kręcić mi się w głowie, przez co straciłam na chwilę świadomość.
     Kiedy ją odzyskałam, poczułam miłe ciepło i ból, który powoli umykał z mojego ciała. Iratze. Ktoś mnie niesie. Czując przypływy chłodu, wtuliłam się we wgłębienie na klatce piersiowej osoby, która była przy mnie. Chciałam unieść dłoń, jednak poczułam, jak się trzęsie, więc natychmiast ją opuściłam, i znów straciłam przytomność.
     Obudziłam się w Instytucie. Wiedziałam tylko, że leżę na czymś miękkim, i słyszę czyjeś głosy, jednak przez oszołomienie słyszałam je jedynie przyćmione, odległe, ciche, więc nie potrafiłam odróżnić damskich głosów od męskich, ani tym bardziej, do kogo należały. Poczułam czyjąś dłoń na moim czole, ciepłą dłoń. Miałam zasklepione oczy, więc powoli starałam się je otworzyć. Gdy w końcu mi się to udało, zaczęłam szybko mrugać, oślepiona światłem z góry. Docierały do mnie kolejno piekący ból, nieprzyjemny chłód na prawej ręce i gorąco na całej reszcie ciała. Poczułam po chwili też pot, który lał się ze mnie jak po kilkugodzinnym treningu, bez minuty przerwy. Obraz był zamazany, jednak potrafiłam odróżnić kolory i niektóre kształty. Wiedziałam jedno - jest źle, bardzo źle. Jad demona rozprzestrzeniał się w mojej krwi jak trucizna, która chciała za wszelką cenę tylko jednego - mojej śmierci.

Seth?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata | WS
x x x x x x x.