Wychodząc z sali, do głowy przychodziło mi wiele myśli. Nie myślałam jednak, że matka będzie mi miała to za złe, raczej będzie martwić się, czy nic mi się nie stało. Zawsze była nadopiekuńcza, więc prędzej naskoczy na Seth'a, niż nakrzyczy na mnie. Mimo wszystko, czułam wstyd, że zostaliśmy przyłapani akurat w takim momencie. Nie sądziłabym nigdy, że zwyczajny trening mógł sprawić, że się zawstydzę, ale co do tego, że zostanie to między nami byłam pewna. Uświadomiłam sobie, że było to dziwne, bo nie robiliśmy nic złego, jedynie walczyliśmy. Starałam się o tym zapomnieć, jednak powracało to do mojej głowy jakby to było coś najgorszego na świecie. Skarciłam się w myślach, ale nic to nie dało.
- Cassie? Słonko, słyszysz mnie? - zmartwiona matka w pewnym momencie uniosła mój podbródek w taki sposób, abym patrzyła wprost na nią. Jej długie, blond włosy były spięte w koński ogon, podobnie jak moje. Nadal przewyższała mnie o kilka centymetrów, jak kiedyś, gdy byłam młodsza.
- Tak, ja... Zamyśliłam się. - wymusiłam uśmiech.
- Dziecko, rozcięłaś sobie wargę. Kim był ten chłopak? - nim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, Victoria wyciągnęła chusteczkę i przyłożyła do mojej wargi. - Czy wy...? - przerwałam jej zanim powiedziała chociażby jedno słówko więcej.
- Nie! Tylko z nim trenowałam, mamo! Dlaczego miałabym rozciąć sobie wargę... - zrozumiałam, jak głupie było ostatnie zdanie, które wypowiedziałam i natychmiast się uciszyłam, jednak mojej matce wcale nie ulżyło. - Czego chce ode mnie tata? Nie możesz mi tego teraz powiedzieć?
- To coś ważnego. Powiedziałabym Ci z wielką chęcią, ale to on chce ci to uświadomić.
- ''Uświadomić''? Mam się bać? - uniosłam niepewnie jedną brew, lecz Victoria nie odpowiedziała nic, nadal prowadząc mnie przez zawiłe korytarze. Światło wpadało do Instytutu przez okna, które były obok siebie w odstępach, dlatego raz widziałam dokładniej twarz mojej matki, a raz znikała ona wraz ze znikającym światłem. Dawno jej się nie przyglądałam, jednak teraz moją głowę zaczęła zaprzątać inna rzecz. O co chodziło z uświadamianiem mi czegoś przez ojca, dlaczego po prostu nie mogli tego normalnie powiedzieć, jak cywilizowani ludzie? Za nic w świecie nie mogłam wymyślić, jaka mogłaby być to sprawa, lecz idąc przez długie korytarze nie mogłam przestać się zastanawiać.
Po dłuższym czasie dotarłyśmy do gabinetu ojca, który prawie natychmiast poderwał się z krzesła swojego biurka. Dawno nie byłam w tym miejscu, zważywszy na to, że rodzice mieli ostatnio dużo spraw do załatwienia i nie mieli dla mnie zbyt dużo czasu.
- W końcu. Cassandro, co z twoją wargą? - ojciec jak zwykle posługiwał się dość oficjalnym językiem, przez co nigdy nie byłam z nim aż tak blisko. Był po prostu zbyt... sztywny.
- Trenowałam. To nic takiego. - odparłam cicho.
- Dobrze, skoro w końcu jesteśmy razem, muszę ogłosić ci coś ważnego. - powiedział, jak zwykle tak formalnie, że prawie przeszedł mnie dreszcz. Głos William'a był momentami tak przerażający, że w połączeniu z echem Instytutu czułam się prawie jak w horrorze, obco. Spojrzałam na mężczyznę pytająco, wyczekując w końcu odpowiedzi na pytanie, które zadawałam sobie od ostatnich paru chwil.
- Wyjeżdżamy z matką do Idrisu na długo. - ogłosił w końcu, przez co o mało nie straciłam równowagi. Zakaszlałam głośno.
- Co? Po co, dlaczego? - takiej odpowiedzi się nie spodziewałam. Pytania w mojej głowie, zamiast zniknąć, zaczęły się dwoić i troić.
- Mamy ważne sprawy do załatwienia. Nie było nas tam przez trzy lata, a jak wiadomo, to dość długo dla Nocnych Łowców. Przyjeżdża za to Katherine, prawdopodobnie na stałe. Ona się tobą zajmie. - odparł pewnym siebie głosem ojciec, posyłając mi uśmiech, zapewne dla otuchy, jednak nic to nie dało.
- Z jej narzeczonym? - wyrwało mi się, przez co ugryzłam się w język.
- Jeszcze nie wie, ale pewnie tak. - matka objęła mnie ramieniem, uśmiechając się. Nie rozumiem, dlaczego oni tak się cieszą? Chcą mnie pocieszyć, czy co, do cholery?
- Wierzę, że sobie poradzisz. Jesteś w końcu prawie dorosła. I mam nadzieję, odpowiedzialna, i rozważna. - dodał tylko William, po czym dotknął mojego ramienia w opiekuńczym geście z uśmiechem na twarzy, i wyszedł.
- Kiedy? - zapytałam mamy, czując wyraźną ulgę po wyjściu mojego ojca.
- Jutro rano. Nie wiem, czy dasz radę wstać, dlatego pożegnamy się po kolacji. Muszę iść porozmawiać z Cecily, a ty uważaj na siebie. - po jej wyjściu poczułam się okropnie dziwnie. Nie widziałam Katherine co najmniej trzy lata, odkąd ostatnio byłam na trzy tygodnie z rodzicami w Idrisie. Rozmawiałam ze starszą siostrą tylko przez listy, bo telefony tam nie działały.
Stałam tam tylko jeszcze przez chwilę, po czym wróciłam do swojego pokoju. Nie zamierzałam wychodzić stamtąd co czasu kolacji, moją głowę wypełniało teraz mnóstwo zagadek i pytań, tak bardzo byłam skonfundowana, że nie zwracałam uwagi nawet na słońce padające wprost na mnie i moje oczy, ani na liczne obrazy, które tak uwielbiałam obserwować.
Seth?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz