Zaraz po tym jak odzyskałam widoczność, na zmianę traciłam ostrość wzroku, i odzyskiwałam ją na ułamek sekundy, przez co dostrzegłam parę różnych kolorów. Ostry odcień niebieskiego przeplatał się na zmianę z jasnym, delikatnym kolorem, blondem. To wystarczyło, bym rozpoznała te dwie osoby - był to czarownik współpracujący z Instytutem, Roth, i najprawdopodobniej moja matka. Ostry ból i pieczenie prawie w jednym momencie ustały, poczułam za to przypływ chłodu i zimno rozchodzące się w moich żyłach. Wzrok po raz kolejny zaczął zawodzić, jednak zaczynałam czuć różne zapachy. Dotarł do mnie zapach ostrych, męskich perfum i wody kolońskiej, różnych ziół i brzydko pachnących lekarstw. Nim zdążyłam zaczerpnąć oddech, ktoś wbił igłę w moją rękę z taką siłą, że cały ból dotarł do mnie na parę sekund, a po chwili znów ustał. Moim naturalnym odruchem było zgięcie się w pół, lub poruszenie ręką, czy chociażby ciche syknięcie, lecz mimo wyraźnej chęci, jedyne co udało mi się zrobić, to poruszyć palcem drugiej ręki i zacisnąć powieki. Ból był na tyle intensywny, że nawet po jego zniknięciu czułam go przez długą chwilę, jak echo pomiędzy pustymi ścianami w dużym pomieszczeniu. Otworzyłam oczy, słysząc niewyraźne dźwięki rozmów i przekręciłam delikatnie głowę. Głosy się uciszyły, a ja mimowolnie znów zemdlałam. Ostatnim słowem, jakie usłyszałam, było ''lekarstwo''. Nietrudno było się domyślić, że chodziło o to, że lekarstwo zaczyna działać. Tylko dlaczego zemdlałam?
Halucynacje nawiedzały mnie co chwilę. Budziłam się, mdlałam, cała zlana potem, słysząc ciche rozmowy i czując na sobie czyjś dotyk. Cały czas czułam pulsowanie w żyłach, jednym razem potworne zimno, innym razem gorąco, które w połączeniu z potem było dla mnie istnym piekłem. Gdy obudziłam się po raz kolejny, byłam przytomna przez dłuższą chwilę niż wcześniej, a z każdym kolejnym razem pulsowanie i ból powoli ustawało. W końcu zaczynałam normalnie widzieć, jednak poruszanie sprawiało mi trudność. Był już ranek. Zamrugałam parę razy, by upewnić się, że wszystko jest dobrze widoczne. Spojrzałam na swoją rękę, którą z dużym trudem uniosłam. Obrzydliwa, wielka na pół ręki, czerwona, ropiąca się rana sprawiała, że miałam ochotę zwymiotować. Ułożyłam ją z powrotem na swój brzuch, starając się nie zwracać na niej uwagi, bo ruch sprawiał mi ból. Przeniosłam spojrzenie na lewą stronę, i dostrzegłam postać. O dziwo, nie był to ani czarownik, ani moi rodzice, ani nawet Damon, tylko Seth. Patrzył nieobecnym wzrokiem na okno, lecz kiedy ponownie poruszyłam ręką, tym razem lewą, spojrzał na mnie.
- Cassie. Słyszysz mnie? - spytał cichym głosem, niewyraźnym dla mnie. Słyszałam tylko trzy pierwsze słowa, reszta była jakby przyćmiona, a ja zaczęłam robić się coraz bardziej senna. Dostrzegłam jednak wory pod oczyma chłopaka, jego rozczochrane włosy i wczorajsze ubrania. Dotarł do mnie też zapach jego perfum, który czułam również wczoraj, kiedy... To Seth przyniósł mnie do Instytutu! Nim zdążyłam spróbować cokolwiek powiedzieć, senność znowu mnie ogarnęła, głos bruneta zrobił się bardziej stłumiony niż wcześniej, a powieki zaczęły się zamykać. Po raz kolejny halucynacje zaczęły męczyć mój umysł, powodować dziwne wizje i przyprawiać mnie o szaleństwo. Chciałam cokolwiek powiedzieć, jednak trucizna nadal była w moim organizmie.
Obudziłam się po chwili, która dla mnie trwała wieczność. Otworzyłam oczy prawie natychmiast, jak wtedy, kiedy budziłam się o poranku, a Seth nadal siedział przy mnie w takiej samej pozycji. Lek łagodził ból, przez co zaczynałam czuć się dziwnie kojąco i melancholijnie, poczułam przyjemne ciepło, jednak moja ręka nadal parzyła. Kątem oka dostrzegłam zbliżającego się czarownika.
- Łowczyni, słyszysz mnie? - zapytał donośnym, lecz ciepłym głosem. Wyglądał młodo, na dwudziestolatka, jednak dobrze wiedziałam, że ma za sobą kilka wieków.
- Tak. - odparłam cichym, zachrypniętym głosem. Zobaczyłam, jak wszystkie mięśnie Seth'a napinają się, a jego spojrzenie było dziwnie nieobecne. Wydało mi się to dziwne, że nadal siedział w moim pokoju, mimo iż nie znaliśmy się aż tak dobrze.
- Poczujesz zimno. Nie obiecuję też, że nie będzie bolało. Przez to trucizna w pełni wydostanie się z twoich żył. - powiedział Roth, po czym pokiwałam głową na ''tak''. Chciałam mieć to już za sobą, więc zacisnęłam zęby i wzięłam głęboki wdech. Czarownik uniósł ręce i zaczął wykonywać nimi dynamiczne ruchy w okół mnie. Widziałam niebieski dym unoszący się za każdym pociągnięciem jego dłoni. Przez chwilę nic się nie działo, jednak po parunastu sekundach ból przeszył moje ciało, a chłód wdarł się przez żyły do całej mnie, powodując, że zacisnęłam powieki, starając się nie syknąć z bólu. Pieczenie stało się tak silne, że z mojego gardła wydobył się cichy jęk, później zduszony krzyk, lecz w następnej sekundzie wszystko ustało jak za pociągnięciem magicznej różdżki. Spojrzałam wystraszona na prawą rękę. Rana zaczęła się goić.
Seth? Sr że krótkie ale nie chce mi się już dłużej opisywać jak ona to bardzo nie cierpi ._.
Rozdziały
niedziela, 9 lipca 2017
czwartek, 6 lipca 2017
Rozdział 2,3 - Seth
~*~
Czarownik wysokiej rangi pochylał się nad dziewczyną. Zielone oczy błyszczały niczym leśne jeziora, a dwa wielkie rogi skierowane końcami do siebie dawały postaci magicznego wyglądu. W okuł nich błyszczały kawałki szkła, w których odbijało się światło. Na niebieskich jak może włosach błyszczał wszechobecny brokat. Z palców czarownika emanowało fioletowo-niebieskie światło. Stałem teraz w progu lecznicy w instytucie. Lecznica była pusta, oprócz jednego miejsca.
Patrzyłem, jak matka Cassie dotyka z czułością jej czoła. Robiła to tak delikatnie, jakby była z kruchej porcelany. Od momentu, od kiedy znalazłem Cassandrę wyglądała o wiele lepiej.
Sucha krew, oraz wiele ran zniknęło całkiem, choć rany na rękach dziewczyny dalej miały jasny, jadowity czerwony kolor. Dziewczyna wyglądała na niezwykle zmęczoną, jakby nie spała kilka
dni z rzędu. Za kilkanaście godzin powinna wrócił do pełni sił, a tak przynajmniej słyszałem.
Sala miała niezwykle surowy wygląd: kilka łóżek szpitalnych, zaraz obok nich małe komody.
Na ścianach błyszczały się białe, gładkie, szpitalne kafelki. Cała lecznica była wykonana w szpitalnym, śnieżno-białym odcieniu. Było już po północy. Obok mnie stał wcześniej widziany mężczyzna. Wziął głęboki wdech i wszedł do lecznicy. Zatrzymał się obok łóżka Cassandry i powiedział coś cicho do jej matki.
Ta pokiwała głową i cicho wyszła z sali. Był to zapewne ojciec Cassie. Mężczyzna wyglądał,
jakby się śpieszył. Po chwili zaczęli cicho szeptać. Nie chcąc zakłócać ich prywatności, postanowiłem przejść się po instytucie. Kiedy zbliżałem się do drzwi wyjściowych, rozległ się charakterystyczne skrzypienie. Przez drzwi wszedł Demon i zamknął je z hukiem. W jego
oczach malowane było przerażenie, a usta były zaciśnięte w cienką kreskę.
- Gdzie jest Cassie?-zapytał patrząc mi się prosto w oczy.
Kątem oka zobaczyłem u niego białą iskierkę w oku. Czy byłoby możliwe, że on nie wiedział
o całej sytuacji? To dziwnie, że osoba, która cały czas
za nią chodzi, nie wie co się stało. Cały instytut żył już kolejnym (i mam nadzieję ostatnim)
atakiem demonów.
-w lecznicy- odparłem wskazując głową
Oczy chłopaka zdały robić się większe, niż przedtem.
-Dlaczego?-zapytał jeszcze bardziej zniecierpliwiony nerwowo oddychając jak po długim
i ciężkim biegu lub długim treningu
-zaatakowały ją dwa demony w starej, opuszczonej dzielnicy Londynu na południu.
W tym momencie chłopak zaczął szybko biec w stronę lecznicy. Odprowadziłem go wzrokiem
do drzwi. Sam postanowiłem odwiedzić dziewczynę, ale później, gdy nikogo nie będzie.
Cassie?
Wiem, że jest krótkie, ale nie miałam za bardzo pomysłu ;-;.
środa, 5 lipca 2017
Rodział 2,2 - Cassandra
Skonfundowana, aby zapomnieć o wydarzeniach sprzed momentu, postanowiłam sięgnąć po jedną z książek leżących na mojej zakurzonej półce. Już dawno nie czytałam żadnej z mojego zbioru, przez co miałam ochotę odświeżyć sobie te najciekawsze tomy. Przejechałam dłonią po wierzchach książek, po czym wybrałam jedną, obłożoną w czarną oprawę, z brązowo-szarymi elementami imitującymi zabrudzenia. Tomik był o tyle stary, że tytuł lekko się starł, łącznie z imieniem i nazwiskiem autora, którego nie było widać w ogóle. Nie wiedziałam nawet, jak nazywa się osoba, której książki czytałam z uwielbieniem, bo w momencie odnalezienia jej, była już w stanie niewiele lepszym od tego, w którym obecnie się znajdowała. Po dokładnym przyglądnięciu się książce, odwróciłam głowę w stronę wnętrza mojego pokoju. Tak jak nigdy nie zwracałam na to uwagi, zauważyłam, że jest dość przytulny, mój. Wszystkie sypialnie w Instytucie zawsze pozostawały dla mnie obce i tajemnicze, jakby mieszkała w nich osoba bez uczuć. Jak to ujęła kiedyś moja mama, ''Tylko twój pokój jest tak zagracony, że nie widać w nim ani grama sypialni, którą dostałaś jeszcze jako dziecko. ''- zgadzałam się z tą opinią w większości, jednak nie mogłam nazwać mojego kąta zagraconym, bo były w nim rzeczy, które dodawały mu uroku i które lubiłam.
Ściany były w kolorze lekko zabrudzonej szarości, niektóre fragmenty ścian przykryte były różnymi plakatami zbieranymi tutaj już od dziecka. Łóżko z prawie białego, jasnego drewna miało na sobie biały baldachim. Lubiłam zawsze okrywać je szarym, puchatym kocem, który dostałam od dziadka na piąte urodziny. Mimo, iż był trochę stary, nadal go uwielbiałam. Nie byłam zbyt minimalistyczna, więc nie mogło zabraknąć całej gamy różnokolorowych poduszek porozrzucanych po całym łóżku. Obok niego znajdowały się dwie szafki nocne wykonane z takiego samego drewna. Na jednej z nich leżał budzik i biała lampka nocna, która często się buntowała i nie chciała wyłączyć. Jak w sypialni każdej nastolatki, nie mogło zabraknąć garderoby, w której znajdowało się multum ciuchów, jednak w połowie z nich wcale nie chodziłam. Ostatnio dostałam od ojca również toaletkę, którą zapełniłam wiecznie pustą część pokoju. W rogu znajdowało się również niewielkie biurko, przy nim krzesło, a po jego prawej stronie leżała wielka poduszka a'la fotel w kształcie misia. To, że przywiązywałam się do wszystkich osób i rzeczy w moim życiu sprawiło, że cały pokój wypełniony był obrazami i zdjęciami.
Westchnęłam cicho, po czym usiadłam na łóżku, i zagłębiłam się w lekturę. Odkrywanie po raz kolejny tych samych, ekscytujących faktów książki sprawiło, że na nowo przypomniało mi się, jak czytanie zabierało mnie do innego świata. Nim zdążyłam się spostrzec, słońce powoli zaczęło zachodzić, a pomieszczenie przybrało nieco ciemniejszą poświatę w miejscach, gdzie nie docierały ostatnie promienie słońca. Odłożyłam tomik, zaintrygowana cudownym zachodem słońca, który mienił się złotem, pomarańczą i różem, zamiast, jak zwykle, błękitem.
Patrząc na zegar naprzeciwko mojego łóżka, spostrzegłam, że jestem już spóźniona na kolację, więc czym prędzej popędziłam do jadalni. Po posiłku Damon namówił mnie na pójście na dach, bo słońce nie zaszło jeszcze do końca, a stamtąd mieliśmy piękny widok na całe miasto. Nie zabawiłam tam długo, bo przypomniało mi się, że rodzice chcieli się ze mną pożegnać. Cholera, aż tak szybko o tym zapomniałam? Rozdzieliliśmy się z Damonem na głównym korytarzu - on poszedł do siebie, ówcześnie niespodziewanie całując mnie w policzek z szelmowskim uśmiechem na twarzy, a ja do salonu, gdzie zazwyczaj przesiadywali rodzice. Nie myliłam się, i zastałam ich tam popijających herbatę przy kominku. Teoretycznie nie wydało mi się to dziwne, bo zawsze to robili, jednak dla innych picie herbaty przy kominku w lato byłoby niebezpiecznie dziwne.
- Cześć, mamo. Cześć, tato. - powiedziałam, siląc się na uśmiech.
Natychmiast odwrócili się, mama z uśmiechem na ustach, tata, jak zwykle, obojętny. Podeszłam bliżej, rozsiadając się na kanapie pomiędzy rodzicami.
- Cecily mówiła, że dzisiaj musicie znów pójść na polowanie do miasta. Powinna potem zjawić się u ciebie z dokładną lokalizacją. - oznajmił William, popijając łyk herbaty. To dziwne, że mój własny ojciec wydawał się mi obcy, mimo iż widywałam go codziennie?
- Tak, Damon mi mówił. - rzuciłam krótko, bez zbędnych emocji.
- Mam nadzieję, że będzie ci towarzyszył. Sensory wykazywały dużą aktywność. - uniósł lekko brew, w pytającym geście.
Nic nie odpowiedziałam, bo nie widziałam potrzeby.
- Cóż, wyjedziemy wczesnym rankiem, a niedługo zmrok. Chodź do mnie, kochanie. - powiedziała wzruszona mama, wstając. Usiadła obok mnie, tuląc mnie niemiłosiernie mocno. Nie rozumiałam tego, jak różnie obydwoje podchodzili do mojego wychowania, a i tak zawsze się dogadywali. Tylko raz przyłapałam ich na kłótni.
Resztę wieczoru spędziłam na pożegnaniach, zjawiła się również Cecily, z którą poszłam w stronę mojej sypialni. Miałyśmy wtedy okazję trochę przedyskutować sytuację z demonami, a potem także poplotkować. Mimo, iż brunetka była ode mnie dziesięć lat starsza, bardzo dobrze się z nią dogadywałam. Pożegnałyśmy się na sklepieniu dwóch dróg - jednej prowadzącej do mojego pokoju, a drugiej do pokoju Cecily. Po zamknięciu drzwi na klucz, opadłam na łóżko, patrząc zawzięcie na sufit, na który kiedyś w dzieciństwie nakleiłam świecącą nalepkę z księżycem i własnoręcznie wyciętą runą. Świeciły tylko w ciemności, która teraz była dla mnie zbawieniem. Miałam ochotę odpocząć, jednak wiedziałam, że czeka mnie jeszcze polowanie, i znów się nie wyśpię. Poczułam kłujące pulsowanie na skroni, które towarzyszyło mi od dosłownie paru minut. Po chwili spędzonej na zastanowieniach, zmierzyłam w stronę łazienki.
Spojrzałam znudzonym wzrokiem na moje odbicie w lustrze. Wory pod oczami spowodowane nieprzespanymi nocami skutecznie zamaskowałam makijażem jeszcze rano, ale teraz zaczęły dawać się we znaki. Mimo, iż Nocni Łowcy rzadko odczuwali zmęczenie, ja czułam się jak po nieprzespanym miesiącu. Zmyłam grubą warstwę podkładu spod oczu i tusz z rzęs, po czym wzięłam gorący prysznic dla odświeżenia umysłu. Zakryłam ponownie wory pod oczyma, tym razem korektorem, ubrałam strój do polowań i wyruszyłam w stronę głównej bramy. Czekał tam na mnie Damon.
- No, no. Trzy minuty spóźnienia, moja droga, odkąd przyszedłem oczywiście, a wcześniej nie liczyłem. - powiedział brunet nawijając sobie kosmyk moich włosów na palec.
- A gdzie chociażby cześć? - burknęłam, krzyżując ręce na piersi.
- Pfff... Lepiej już chodźmy, Cecily czuwa w pobliżu. I twój ojciec. - wzruszył ramionami chłopak, po czym ruszyliśmy w stronę opisanego wcześniej miejsca, a raczej paru miejsc. Jako, iż były one od siebie oddalone dość spory kawałek, postanowiliśmy się rozdzielić
Skręciłam w boczną uliczkę, w której coś ewidentnie zajechało demonami. Ostry, niezbyt miły zapach zgnilizny dawał się we znaki, przez co zmuszona byłam zachować czujność. Wyciągnęłam łuk i naciągnęłam na niego strzałę, gotowa wystrzelić. Demon padłby w ciągu jednej sekundy. Szłam pewnie przed siebie, uważając, by nic na mnie nie wyskoczyło. Nagle na końcu uliczki coś się poruszyło i dostrzegłam średniej wielkości, obrzydliwego demona, z którego paszczy wydobywał się czarny jad. Natychmiast strzeliłam, przez co stworzenie od razu uciekło do piekła. Będąc bliżej ślepego zaułka, na którego końcu było parę śmietników, za którymi zapewne było więcej demonów, sięgnęłam do pasa po seraficki nóż imieniem Azuthriel. Szepnęłam jego imię, przez co rozświetlił mi drogę w ciemnej uliczce. W pewnym momencie coś szybkiego pociągnęło mnie za rękę, w której trzymałam łuk, nie mając czasu go schować, i zatopiło w niej kły. Poczułam kujący ból, przez co zamachnęłam się drugą ręką, zabijając małego, gryzącego mnie demona. Cholerne, małe demonki. Dlaczego musiały poruszać się bezszelestnie? Na dodatek ich jad był tak trujący, że zabijał w przeciągu trzech dni. Tępy ból przeszył całe moje ciało, a zawroty głowy zaczęły ogarniać moją głowę. Traciłam widoczność, lecz kątem oka dostrzegłam dużego pożeracza skaczącego wprost na mnie. Zamachnęłam się Azuthrielem, krzycząc jego imię, po czym na obrzydliwym, pokrytym śluzem ciele demona zrobiła się wielka rysa, z której zaczęła sączyć się czarna maź. Nie będzie tak łatwo, jak z tamtym małym. Demon skulił się, podchodząc do mnie od dołu. Niespodziewanie wskoczył wprost na moją głowę, więc schyliłam się, w powietrzu tnąc jego odrażające cielsko. Stworzenie cicho jęknęło, odskakując na ścianę, po czym ponownie zaatakował. Odwróciłam się w jego stronę, wymierzając ostrzem serafickim prosto w jego głowę, i tnąc tak, że demon nie miał żadnych szans ucieczki, nóż przeciął jego łeb, tym samym go zabijając. Wił się jeszcze przez chwilę, po czym zniknął, wracając do piekła. Nie zdążyłam odetchnąć, zanim dostrzegłam dwa pożeracze i jednego demona, którego nie potrafiłam rozpoznać, biegnące zza rogu prosto na mnie. Szybkim ruchem wyciągnęłam łuk i naciągnęłam strzałę, trafiając w ramię jednego pożeracza. Zatrzymało go to na chwilę, jednak pozostałe nie zatrzymywały się ani na chwilę, w końcu były głupie i martwiły się jedynie o siebie. Naciągnęłam strzałę ponownie, celując w nieznanego mi dotąd demona. Trafiłam w klatkę piersiową, przez co usłyszałam głośny skrzek, jakby żaby. Pożeracz wbiegł wprost na mnie, przez co nie miałam czasu nawet wyjąć noża serafickiego. Jego ciężar spowodował, że upadłam, padając prosto na twardą posadzkę, uderzając głową w ceglaną ścianę budynku. Kolejny ból przeszył moje ciało, przez co cicho syknęłam. Wyjęłam ostrze cudem unikając podrapania po twarzy przez pożeracza, który pazurami zaczął ciąć moją klatkę piersiową. Wbiłam nóż prosto w jego brzuch, przez co demon poszedł prosto do piekła. Niestety, ostatnie dwa monstra biegły już w moją stronę, bo strzały tylko na chwilę je oszołomiły. Zaczęło kręcić mi się w głowie, przez co straciłam na chwilę świadomość.
Kiedy ją odzyskałam, poczułam miłe ciepło i ból, który powoli umykał z mojego ciała. Iratze. Ktoś mnie niesie. Czując przypływy chłodu, wtuliłam się we wgłębienie na klatce piersiowej osoby, która była przy mnie. Chciałam unieść dłoń, jednak poczułam, jak się trzęsie, więc natychmiast ją opuściłam, i znów straciłam przytomność.
Obudziłam się w Instytucie. Wiedziałam tylko, że leżę na czymś miękkim, i słyszę czyjeś głosy, jednak przez oszołomienie słyszałam je jedynie przyćmione, odległe, ciche, więc nie potrafiłam odróżnić damskich głosów od męskich, ani tym bardziej, do kogo należały. Poczułam czyjąś dłoń na moim czole, ciepłą dłoń. Miałam zasklepione oczy, więc powoli starałam się je otworzyć. Gdy w końcu mi się to udało, zaczęłam szybko mrugać, oślepiona światłem z góry. Docierały do mnie kolejno piekący ból, nieprzyjemny chłód na prawej ręce i gorąco na całej reszcie ciała. Poczułam po chwili też pot, który lał się ze mnie jak po kilkugodzinnym treningu, bez minuty przerwy. Obraz był zamazany, jednak potrafiłam odróżnić kolory i niektóre kształty. Wiedziałam jedno - jest źle, bardzo źle. Jad demona rozprzestrzeniał się w mojej krwi jak trucizna, która chciała za wszelką cenę tylko jednego - mojej śmierci.
Seth?
Ściany były w kolorze lekko zabrudzonej szarości, niektóre fragmenty ścian przykryte były różnymi plakatami zbieranymi tutaj już od dziecka. Łóżko z prawie białego, jasnego drewna miało na sobie biały baldachim. Lubiłam zawsze okrywać je szarym, puchatym kocem, który dostałam od dziadka na piąte urodziny. Mimo, iż był trochę stary, nadal go uwielbiałam. Nie byłam zbyt minimalistyczna, więc nie mogło zabraknąć całej gamy różnokolorowych poduszek porozrzucanych po całym łóżku. Obok niego znajdowały się dwie szafki nocne wykonane z takiego samego drewna. Na jednej z nich leżał budzik i biała lampka nocna, która często się buntowała i nie chciała wyłączyć. Jak w sypialni każdej nastolatki, nie mogło zabraknąć garderoby, w której znajdowało się multum ciuchów, jednak w połowie z nich wcale nie chodziłam. Ostatnio dostałam od ojca również toaletkę, którą zapełniłam wiecznie pustą część pokoju. W rogu znajdowało się również niewielkie biurko, przy nim krzesło, a po jego prawej stronie leżała wielka poduszka a'la fotel w kształcie misia. To, że przywiązywałam się do wszystkich osób i rzeczy w moim życiu sprawiło, że cały pokój wypełniony był obrazami i zdjęciami.
Westchnęłam cicho, po czym usiadłam na łóżku, i zagłębiłam się w lekturę. Odkrywanie po raz kolejny tych samych, ekscytujących faktów książki sprawiło, że na nowo przypomniało mi się, jak czytanie zabierało mnie do innego świata. Nim zdążyłam się spostrzec, słońce powoli zaczęło zachodzić, a pomieszczenie przybrało nieco ciemniejszą poświatę w miejscach, gdzie nie docierały ostatnie promienie słońca. Odłożyłam tomik, zaintrygowana cudownym zachodem słońca, który mienił się złotem, pomarańczą i różem, zamiast, jak zwykle, błękitem.
Patrząc na zegar naprzeciwko mojego łóżka, spostrzegłam, że jestem już spóźniona na kolację, więc czym prędzej popędziłam do jadalni. Po posiłku Damon namówił mnie na pójście na dach, bo słońce nie zaszło jeszcze do końca, a stamtąd mieliśmy piękny widok na całe miasto. Nie zabawiłam tam długo, bo przypomniało mi się, że rodzice chcieli się ze mną pożegnać. Cholera, aż tak szybko o tym zapomniałam? Rozdzieliliśmy się z Damonem na głównym korytarzu - on poszedł do siebie, ówcześnie niespodziewanie całując mnie w policzek z szelmowskim uśmiechem na twarzy, a ja do salonu, gdzie zazwyczaj przesiadywali rodzice. Nie myliłam się, i zastałam ich tam popijających herbatę przy kominku. Teoretycznie nie wydało mi się to dziwne, bo zawsze to robili, jednak dla innych picie herbaty przy kominku w lato byłoby niebezpiecznie dziwne.
- Cześć, mamo. Cześć, tato. - powiedziałam, siląc się na uśmiech.
Natychmiast odwrócili się, mama z uśmiechem na ustach, tata, jak zwykle, obojętny. Podeszłam bliżej, rozsiadając się na kanapie pomiędzy rodzicami.
- Cecily mówiła, że dzisiaj musicie znów pójść na polowanie do miasta. Powinna potem zjawić się u ciebie z dokładną lokalizacją. - oznajmił William, popijając łyk herbaty. To dziwne, że mój własny ojciec wydawał się mi obcy, mimo iż widywałam go codziennie?
- Tak, Damon mi mówił. - rzuciłam krótko, bez zbędnych emocji.
- Mam nadzieję, że będzie ci towarzyszył. Sensory wykazywały dużą aktywność. - uniósł lekko brew, w pytającym geście.
Nic nie odpowiedziałam, bo nie widziałam potrzeby.
- Cóż, wyjedziemy wczesnym rankiem, a niedługo zmrok. Chodź do mnie, kochanie. - powiedziała wzruszona mama, wstając. Usiadła obok mnie, tuląc mnie niemiłosiernie mocno. Nie rozumiałam tego, jak różnie obydwoje podchodzili do mojego wychowania, a i tak zawsze się dogadywali. Tylko raz przyłapałam ich na kłótni.
Resztę wieczoru spędziłam na pożegnaniach, zjawiła się również Cecily, z którą poszłam w stronę mojej sypialni. Miałyśmy wtedy okazję trochę przedyskutować sytuację z demonami, a potem także poplotkować. Mimo, iż brunetka była ode mnie dziesięć lat starsza, bardzo dobrze się z nią dogadywałam. Pożegnałyśmy się na sklepieniu dwóch dróg - jednej prowadzącej do mojego pokoju, a drugiej do pokoju Cecily. Po zamknięciu drzwi na klucz, opadłam na łóżko, patrząc zawzięcie na sufit, na który kiedyś w dzieciństwie nakleiłam świecącą nalepkę z księżycem i własnoręcznie wyciętą runą. Świeciły tylko w ciemności, która teraz była dla mnie zbawieniem. Miałam ochotę odpocząć, jednak wiedziałam, że czeka mnie jeszcze polowanie, i znów się nie wyśpię. Poczułam kłujące pulsowanie na skroni, które towarzyszyło mi od dosłownie paru minut. Po chwili spędzonej na zastanowieniach, zmierzyłam w stronę łazienki.
Spojrzałam znudzonym wzrokiem na moje odbicie w lustrze. Wory pod oczami spowodowane nieprzespanymi nocami skutecznie zamaskowałam makijażem jeszcze rano, ale teraz zaczęły dawać się we znaki. Mimo, iż Nocni Łowcy rzadko odczuwali zmęczenie, ja czułam się jak po nieprzespanym miesiącu. Zmyłam grubą warstwę podkładu spod oczu i tusz z rzęs, po czym wzięłam gorący prysznic dla odświeżenia umysłu. Zakryłam ponownie wory pod oczyma, tym razem korektorem, ubrałam strój do polowań i wyruszyłam w stronę głównej bramy. Czekał tam na mnie Damon.
- No, no. Trzy minuty spóźnienia, moja droga, odkąd przyszedłem oczywiście, a wcześniej nie liczyłem. - powiedział brunet nawijając sobie kosmyk moich włosów na palec.
- A gdzie chociażby cześć? - burknęłam, krzyżując ręce na piersi.
- Pfff... Lepiej już chodźmy, Cecily czuwa w pobliżu. I twój ojciec. - wzruszył ramionami chłopak, po czym ruszyliśmy w stronę opisanego wcześniej miejsca, a raczej paru miejsc. Jako, iż były one od siebie oddalone dość spory kawałek, postanowiliśmy się rozdzielić
Skręciłam w boczną uliczkę, w której coś ewidentnie zajechało demonami. Ostry, niezbyt miły zapach zgnilizny dawał się we znaki, przez co zmuszona byłam zachować czujność. Wyciągnęłam łuk i naciągnęłam na niego strzałę, gotowa wystrzelić. Demon padłby w ciągu jednej sekundy. Szłam pewnie przed siebie, uważając, by nic na mnie nie wyskoczyło. Nagle na końcu uliczki coś się poruszyło i dostrzegłam średniej wielkości, obrzydliwego demona, z którego paszczy wydobywał się czarny jad. Natychmiast strzeliłam, przez co stworzenie od razu uciekło do piekła. Będąc bliżej ślepego zaułka, na którego końcu było parę śmietników, za którymi zapewne było więcej demonów, sięgnęłam do pasa po seraficki nóż imieniem Azuthriel. Szepnęłam jego imię, przez co rozświetlił mi drogę w ciemnej uliczce. W pewnym momencie coś szybkiego pociągnęło mnie za rękę, w której trzymałam łuk, nie mając czasu go schować, i zatopiło w niej kły. Poczułam kujący ból, przez co zamachnęłam się drugą ręką, zabijając małego, gryzącego mnie demona. Cholerne, małe demonki. Dlaczego musiały poruszać się bezszelestnie? Na dodatek ich jad był tak trujący, że zabijał w przeciągu trzech dni. Tępy ból przeszył całe moje ciało, a zawroty głowy zaczęły ogarniać moją głowę. Traciłam widoczność, lecz kątem oka dostrzegłam dużego pożeracza skaczącego wprost na mnie. Zamachnęłam się Azuthrielem, krzycząc jego imię, po czym na obrzydliwym, pokrytym śluzem ciele demona zrobiła się wielka rysa, z której zaczęła sączyć się czarna maź. Nie będzie tak łatwo, jak z tamtym małym. Demon skulił się, podchodząc do mnie od dołu. Niespodziewanie wskoczył wprost na moją głowę, więc schyliłam się, w powietrzu tnąc jego odrażające cielsko. Stworzenie cicho jęknęło, odskakując na ścianę, po czym ponownie zaatakował. Odwróciłam się w jego stronę, wymierzając ostrzem serafickim prosto w jego głowę, i tnąc tak, że demon nie miał żadnych szans ucieczki, nóż przeciął jego łeb, tym samym go zabijając. Wił się jeszcze przez chwilę, po czym zniknął, wracając do piekła. Nie zdążyłam odetchnąć, zanim dostrzegłam dwa pożeracze i jednego demona, którego nie potrafiłam rozpoznać, biegnące zza rogu prosto na mnie. Szybkim ruchem wyciągnęłam łuk i naciągnęłam strzałę, trafiając w ramię jednego pożeracza. Zatrzymało go to na chwilę, jednak pozostałe nie zatrzymywały się ani na chwilę, w końcu były głupie i martwiły się jedynie o siebie. Naciągnęłam strzałę ponownie, celując w nieznanego mi dotąd demona. Trafiłam w klatkę piersiową, przez co usłyszałam głośny skrzek, jakby żaby. Pożeracz wbiegł wprost na mnie, przez co nie miałam czasu nawet wyjąć noża serafickiego. Jego ciężar spowodował, że upadłam, padając prosto na twardą posadzkę, uderzając głową w ceglaną ścianę budynku. Kolejny ból przeszył moje ciało, przez co cicho syknęłam. Wyjęłam ostrze cudem unikając podrapania po twarzy przez pożeracza, który pazurami zaczął ciąć moją klatkę piersiową. Wbiłam nóż prosto w jego brzuch, przez co demon poszedł prosto do piekła. Niestety, ostatnie dwa monstra biegły już w moją stronę, bo strzały tylko na chwilę je oszołomiły. Zaczęło kręcić mi się w głowie, przez co straciłam na chwilę świadomość.
Kiedy ją odzyskałam, poczułam miłe ciepło i ból, który powoli umykał z mojego ciała. Iratze. Ktoś mnie niesie. Czując przypływy chłodu, wtuliłam się we wgłębienie na klatce piersiowej osoby, która była przy mnie. Chciałam unieść dłoń, jednak poczułam, jak się trzęsie, więc natychmiast ją opuściłam, i znów straciłam przytomność.
Obudziłam się w Instytucie. Wiedziałam tylko, że leżę na czymś miękkim, i słyszę czyjeś głosy, jednak przez oszołomienie słyszałam je jedynie przyćmione, odległe, ciche, więc nie potrafiłam odróżnić damskich głosów od męskich, ani tym bardziej, do kogo należały. Poczułam czyjąś dłoń na moim czole, ciepłą dłoń. Miałam zasklepione oczy, więc powoli starałam się je otworzyć. Gdy w końcu mi się to udało, zaczęłam szybko mrugać, oślepiona światłem z góry. Docierały do mnie kolejno piekący ból, nieprzyjemny chłód na prawej ręce i gorąco na całej reszcie ciała. Poczułam po chwili też pot, który lał się ze mnie jak po kilkugodzinnym treningu, bez minuty przerwy. Obraz był zamazany, jednak potrafiłam odróżnić kolory i niektóre kształty. Wiedziałam jedno - jest źle, bardzo źle. Jad demona rozprzestrzeniał się w mojej krwi jak trucizna, która chciała za wszelką cenę tylko jednego - mojej śmierci.
Seth?
Rozdział 2 - Seth
Nigdy nie sądziłem, że polowanie przyniesie mi taką radość. Szedłem teraz ciemnymi ulicami Londynu, oświetlonymi latarniami, przy których panoszyły się ćmy. Oczywiście ludzie mnie nie widzieli, dzięki jednej z run. Nie do końca wiedziałem gdzie zmierzam, po prostu szedłem przed siebie. Choć lubiłem gwar miasta, nie raz wolałem być na uboczu. W tak wielkim mieście jak Londyn, nie trudno było się domyślić, że coś się dzieje. Skręciłem teraz w mniejszą uliczkę. Nagła tak wielka aktywność demonów zastanawiała każdego Londyńskiego Nefilim. Byłem teraz w starej, opuszczone dzielnicy Londynu. Między innymi tutaj udali się nocni łowcy, przez ostatni atak demonów. Nie powiem, stara dzielnica świetnie nadawała się na ich kryjówkę. Zaraz obok było stary, opuszczony cmentarz, śmietnisko, i parę starych opuszczonych lokali. Rzadko takie miejsca można było zobaczyć w dużych miastach. To miejsce w ogóle nie przypominało choć trochę innych dzielnic Londynu. Wyglądało, jakby stało się tu coś strasznego. Nagle usłyszałem krzyk. Był on kobiecy i wydawał się dziwnie znajomy... urwał się w połowie. Zacząłem szybko biec w kierunku znajomego mi głosu. W tej chwili ujrzałem obraz w głowie.
Cassie.
Po chwili byłem już na miejscu. Znajdowałem się w ciemnej uliczce, pomiędzy dwoma blokami. Zauważyłem opartą plecami o ścianę Cassandrę Nad nią stały dwa , średniej wielkości demony. Moja ręką opierał się teraz na klindze noża. Demony jeszcze mnie nie zauważyły, więc głośnym szeptem wypowiedziałem imię miecza. Ten błysnął błękitną poświatą. Dziewczyna odpychała ciężko zranionymi rękoma demony. Podejście do nich i zabicie ich, było by łatwe, ale zarazem głupie, gdyż ich ciało po spotkaniu nagle rozpływało się w dużej temperaturze, przez co na pewno bym ją poparzył. Nie mogłem dużej czekać. Wziąłem leżącą pod moimi nogami szklaną butelkę i rzuciłem w przeciwnym kierunku. Ku mojemu zadowoleniu, wywołała głośny hałas przez co oba demony natychmiastowo poruszyły w jego kierunku. Na szczęście oba demony, choć przeciwnych ras nie były inteligentne, choć dość duże jak na ich występowanie. Kiedy stanęły przy rozbitej butelce podbiegłem do nich, wykonując celny zamach. Po chwili były już w drodze do piekła. Podszedłem teraz do Cassie. Dziewczyna była dość blada. Zmierzyłem jej puls, po czym odetchnąłem z ulgą. Z kieszeni sprawnie wyciągnąłem stelę, po czym zacząłem robić iratze. Czubek steli dotchnął jej skóry po czym zaczął tworzyć czarny znak. Po chwili już działał. Na rękach dziewczyny zobaczył iście czerwone plamy. Bez wątpienia, był to jad demona. Wiedziałem, że to teraz nie wystarczy. Dziewczyna musiała znaleźć się w instytucie. Bez dłuższego namysłu postanowiłem zanieść ją do instytutu. Po chwili z dziewczyną na rękach opuściłem to dziwne miejsce. Zorientowałem się, że dziewczyna jest przytomna. Lekko wtuliła się we mnie. Nie bacząc się na to, zacząłem coraz szybciej biec.
Cassie?
Cassie.
Po chwili byłem już na miejscu. Znajdowałem się w ciemnej uliczce, pomiędzy dwoma blokami. Zauważyłem opartą plecami o ścianę Cassandrę Nad nią stały dwa , średniej wielkości demony. Moja ręką opierał się teraz na klindze noża. Demony jeszcze mnie nie zauważyły, więc głośnym szeptem wypowiedziałem imię miecza. Ten błysnął błękitną poświatą. Dziewczyna odpychała ciężko zranionymi rękoma demony. Podejście do nich i zabicie ich, było by łatwe, ale zarazem głupie, gdyż ich ciało po spotkaniu nagle rozpływało się w dużej temperaturze, przez co na pewno bym ją poparzył. Nie mogłem dużej czekać. Wziąłem leżącą pod moimi nogami szklaną butelkę i rzuciłem w przeciwnym kierunku. Ku mojemu zadowoleniu, wywołała głośny hałas przez co oba demony natychmiastowo poruszyły w jego kierunku. Na szczęście oba demony, choć przeciwnych ras nie były inteligentne, choć dość duże jak na ich występowanie. Kiedy stanęły przy rozbitej butelce podbiegłem do nich, wykonując celny zamach. Po chwili były już w drodze do piekła. Podszedłem teraz do Cassie. Dziewczyna była dość blada. Zmierzyłem jej puls, po czym odetchnąłem z ulgą. Z kieszeni sprawnie wyciągnąłem stelę, po czym zacząłem robić iratze. Czubek steli dotchnął jej skóry po czym zaczął tworzyć czarny znak. Po chwili już działał. Na rękach dziewczyny zobaczył iście czerwone plamy. Bez wątpienia, był to jad demona. Wiedziałem, że to teraz nie wystarczy. Dziewczyna musiała znaleźć się w instytucie. Bez dłuższego namysłu postanowiłem zanieść ją do instytutu. Po chwili z dziewczyną na rękach opuściłem to dziwne miejsce. Zorientowałem się, że dziewczyna jest przytomna. Lekko wtuliła się we mnie. Nie bacząc się na to, zacząłem coraz szybciej biec.
Cassie?
poniedziałek, 3 lipca 2017
Rozdział 1,8 - Cassandra
Wychodząc z sali, do głowy przychodziło mi wiele myśli. Nie myślałam jednak, że matka będzie mi miała to za złe, raczej będzie martwić się, czy nic mi się nie stało. Zawsze była nadopiekuńcza, więc prędzej naskoczy na Seth'a, niż nakrzyczy na mnie. Mimo wszystko, czułam wstyd, że zostaliśmy przyłapani akurat w takim momencie. Nie sądziłabym nigdy, że zwyczajny trening mógł sprawić, że się zawstydzę, ale co do tego, że zostanie to między nami byłam pewna. Uświadomiłam sobie, że było to dziwne, bo nie robiliśmy nic złego, jedynie walczyliśmy. Starałam się o tym zapomnieć, jednak powracało to do mojej głowy jakby to było coś najgorszego na świecie. Skarciłam się w myślach, ale nic to nie dało.
- Cassie? Słonko, słyszysz mnie? - zmartwiona matka w pewnym momencie uniosła mój podbródek w taki sposób, abym patrzyła wprost na nią. Jej długie, blond włosy były spięte w koński ogon, podobnie jak moje. Nadal przewyższała mnie o kilka centymetrów, jak kiedyś, gdy byłam młodsza.
- Tak, ja... Zamyśliłam się. - wymusiłam uśmiech.
- Dziecko, rozcięłaś sobie wargę. Kim był ten chłopak? - nim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, Victoria wyciągnęła chusteczkę i przyłożyła do mojej wargi. - Czy wy...? - przerwałam jej zanim powiedziała chociażby jedno słówko więcej.
- Nie! Tylko z nim trenowałam, mamo! Dlaczego miałabym rozciąć sobie wargę... - zrozumiałam, jak głupie było ostatnie zdanie, które wypowiedziałam i natychmiast się uciszyłam, jednak mojej matce wcale nie ulżyło. - Czego chce ode mnie tata? Nie możesz mi tego teraz powiedzieć?
- To coś ważnego. Powiedziałabym Ci z wielką chęcią, ale to on chce ci to uświadomić.
- ''Uświadomić''? Mam się bać? - uniosłam niepewnie jedną brew, lecz Victoria nie odpowiedziała nic, nadal prowadząc mnie przez zawiłe korytarze. Światło wpadało do Instytutu przez okna, które były obok siebie w odstępach, dlatego raz widziałam dokładniej twarz mojej matki, a raz znikała ona wraz ze znikającym światłem. Dawno jej się nie przyglądałam, jednak teraz moją głowę zaczęła zaprzątać inna rzecz. O co chodziło z uświadamianiem mi czegoś przez ojca, dlaczego po prostu nie mogli tego normalnie powiedzieć, jak cywilizowani ludzie? Za nic w świecie nie mogłam wymyślić, jaka mogłaby być to sprawa, lecz idąc przez długie korytarze nie mogłam przestać się zastanawiać.
Po dłuższym czasie dotarłyśmy do gabinetu ojca, który prawie natychmiast poderwał się z krzesła swojego biurka. Dawno nie byłam w tym miejscu, zważywszy na to, że rodzice mieli ostatnio dużo spraw do załatwienia i nie mieli dla mnie zbyt dużo czasu.
- W końcu. Cassandro, co z twoją wargą? - ojciec jak zwykle posługiwał się dość oficjalnym językiem, przez co nigdy nie byłam z nim aż tak blisko. Był po prostu zbyt... sztywny.
- Trenowałam. To nic takiego. - odparłam cicho.
- Dobrze, skoro w końcu jesteśmy razem, muszę ogłosić ci coś ważnego. - powiedział, jak zwykle tak formalnie, że prawie przeszedł mnie dreszcz. Głos William'a był momentami tak przerażający, że w połączeniu z echem Instytutu czułam się prawie jak w horrorze, obco. Spojrzałam na mężczyznę pytająco, wyczekując w końcu odpowiedzi na pytanie, które zadawałam sobie od ostatnich paru chwil.
- Wyjeżdżamy z matką do Idrisu na długo. - ogłosił w końcu, przez co o mało nie straciłam równowagi. Zakaszlałam głośno.
- Co? Po co, dlaczego? - takiej odpowiedzi się nie spodziewałam. Pytania w mojej głowie, zamiast zniknąć, zaczęły się dwoić i troić.
- Mamy ważne sprawy do załatwienia. Nie było nas tam przez trzy lata, a jak wiadomo, to dość długo dla Nocnych Łowców. Przyjeżdża za to Katherine, prawdopodobnie na stałe. Ona się tobą zajmie. - odparł pewnym siebie głosem ojciec, posyłając mi uśmiech, zapewne dla otuchy, jednak nic to nie dało.
- Z jej narzeczonym? - wyrwało mi się, przez co ugryzłam się w język.
- Jeszcze nie wie, ale pewnie tak. - matka objęła mnie ramieniem, uśmiechając się. Nie rozumiem, dlaczego oni tak się cieszą? Chcą mnie pocieszyć, czy co, do cholery?
- Wierzę, że sobie poradzisz. Jesteś w końcu prawie dorosła. I mam nadzieję, odpowiedzialna, i rozważna. - dodał tylko William, po czym dotknął mojego ramienia w opiekuńczym geście z uśmiechem na twarzy, i wyszedł.
- Kiedy? - zapytałam mamy, czując wyraźną ulgę po wyjściu mojego ojca.
- Jutro rano. Nie wiem, czy dasz radę wstać, dlatego pożegnamy się po kolacji. Muszę iść porozmawiać z Cecily, a ty uważaj na siebie. - po jej wyjściu poczułam się okropnie dziwnie. Nie widziałam Katherine co najmniej trzy lata, odkąd ostatnio byłam na trzy tygodnie z rodzicami w Idrisie. Rozmawiałam ze starszą siostrą tylko przez listy, bo telefony tam nie działały.
Stałam tam tylko jeszcze przez chwilę, po czym wróciłam do swojego pokoju. Nie zamierzałam wychodzić stamtąd co czasu kolacji, moją głowę wypełniało teraz mnóstwo zagadek i pytań, tak bardzo byłam skonfundowana, że nie zwracałam uwagi nawet na słońce padające wprost na mnie i moje oczy, ani na liczne obrazy, które tak uwielbiałam obserwować.
Seth?
- Cassie? Słonko, słyszysz mnie? - zmartwiona matka w pewnym momencie uniosła mój podbródek w taki sposób, abym patrzyła wprost na nią. Jej długie, blond włosy były spięte w koński ogon, podobnie jak moje. Nadal przewyższała mnie o kilka centymetrów, jak kiedyś, gdy byłam młodsza.
- Tak, ja... Zamyśliłam się. - wymusiłam uśmiech.
- Dziecko, rozcięłaś sobie wargę. Kim był ten chłopak? - nim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, Victoria wyciągnęła chusteczkę i przyłożyła do mojej wargi. - Czy wy...? - przerwałam jej zanim powiedziała chociażby jedno słówko więcej.
- Nie! Tylko z nim trenowałam, mamo! Dlaczego miałabym rozciąć sobie wargę... - zrozumiałam, jak głupie było ostatnie zdanie, które wypowiedziałam i natychmiast się uciszyłam, jednak mojej matce wcale nie ulżyło. - Czego chce ode mnie tata? Nie możesz mi tego teraz powiedzieć?
- To coś ważnego. Powiedziałabym Ci z wielką chęcią, ale to on chce ci to uświadomić.
- ''Uświadomić''? Mam się bać? - uniosłam niepewnie jedną brew, lecz Victoria nie odpowiedziała nic, nadal prowadząc mnie przez zawiłe korytarze. Światło wpadało do Instytutu przez okna, które były obok siebie w odstępach, dlatego raz widziałam dokładniej twarz mojej matki, a raz znikała ona wraz ze znikającym światłem. Dawno jej się nie przyglądałam, jednak teraz moją głowę zaczęła zaprzątać inna rzecz. O co chodziło z uświadamianiem mi czegoś przez ojca, dlaczego po prostu nie mogli tego normalnie powiedzieć, jak cywilizowani ludzie? Za nic w świecie nie mogłam wymyślić, jaka mogłaby być to sprawa, lecz idąc przez długie korytarze nie mogłam przestać się zastanawiać.
Po dłuższym czasie dotarłyśmy do gabinetu ojca, który prawie natychmiast poderwał się z krzesła swojego biurka. Dawno nie byłam w tym miejscu, zważywszy na to, że rodzice mieli ostatnio dużo spraw do załatwienia i nie mieli dla mnie zbyt dużo czasu.
- W końcu. Cassandro, co z twoją wargą? - ojciec jak zwykle posługiwał się dość oficjalnym językiem, przez co nigdy nie byłam z nim aż tak blisko. Był po prostu zbyt... sztywny.
- Trenowałam. To nic takiego. - odparłam cicho.
- Dobrze, skoro w końcu jesteśmy razem, muszę ogłosić ci coś ważnego. - powiedział, jak zwykle tak formalnie, że prawie przeszedł mnie dreszcz. Głos William'a był momentami tak przerażający, że w połączeniu z echem Instytutu czułam się prawie jak w horrorze, obco. Spojrzałam na mężczyznę pytająco, wyczekując w końcu odpowiedzi na pytanie, które zadawałam sobie od ostatnich paru chwil.
- Wyjeżdżamy z matką do Idrisu na długo. - ogłosił w końcu, przez co o mało nie straciłam równowagi. Zakaszlałam głośno.
- Co? Po co, dlaczego? - takiej odpowiedzi się nie spodziewałam. Pytania w mojej głowie, zamiast zniknąć, zaczęły się dwoić i troić.
- Mamy ważne sprawy do załatwienia. Nie było nas tam przez trzy lata, a jak wiadomo, to dość długo dla Nocnych Łowców. Przyjeżdża za to Katherine, prawdopodobnie na stałe. Ona się tobą zajmie. - odparł pewnym siebie głosem ojciec, posyłając mi uśmiech, zapewne dla otuchy, jednak nic to nie dało.
- Z jej narzeczonym? - wyrwało mi się, przez co ugryzłam się w język.
- Jeszcze nie wie, ale pewnie tak. - matka objęła mnie ramieniem, uśmiechając się. Nie rozumiem, dlaczego oni tak się cieszą? Chcą mnie pocieszyć, czy co, do cholery?
- Wierzę, że sobie poradzisz. Jesteś w końcu prawie dorosła. I mam nadzieję, odpowiedzialna, i rozważna. - dodał tylko William, po czym dotknął mojego ramienia w opiekuńczym geście z uśmiechem na twarzy, i wyszedł.
- Kiedy? - zapytałam mamy, czując wyraźną ulgę po wyjściu mojego ojca.
- Jutro rano. Nie wiem, czy dasz radę wstać, dlatego pożegnamy się po kolacji. Muszę iść porozmawiać z Cecily, a ty uważaj na siebie. - po jej wyjściu poczułam się okropnie dziwnie. Nie widziałam Katherine co najmniej trzy lata, odkąd ostatnio byłam na trzy tygodnie z rodzicami w Idrisie. Rozmawiałam ze starszą siostrą tylko przez listy, bo telefony tam nie działały.
Stałam tam tylko jeszcze przez chwilę, po czym wróciłam do swojego pokoju. Nie zamierzałam wychodzić stamtąd co czasu kolacji, moją głowę wypełniało teraz mnóstwo zagadek i pytań, tak bardzo byłam skonfundowana, że nie zwracałam uwagi nawet na słońce padające wprost na mnie i moje oczy, ani na liczne obrazy, które tak uwielbiałam obserwować.
Seth?
Rodział 1,7 - Seth
Cassie zamknęła za sobą drzwi. Przez chwilę siedziałem w miejscu i myślałem: ''Co tu się odkurwiło''. Przez głowę przeszło mi wiele wytłumaczeń. Pomyślałem teraz, jak musiało to
wyglądać z perspektywy tej kobiety. W innej sytuacji, pomyślałbym, że to komiczne , ale też czułem się, jakbym zrobił coś głupiego. Znając życie, zapamiętam to do końca życia, Niestety. Starałem się o tym zapomnieć. Wymazać z pamięci, mając nadzieję, że ta kobieta nie zna Cassie, lub mnie.
Chociaż ona wymawiała jej imię jakby ją znała na wylot. Wstałem, podpierając się na rękach. Wkładając ręce do kieszeni bluzy kierowałem się w stronę stołówki.
wyglądać z perspektywy tej kobiety. W innej sytuacji, pomyślałbym, że to komiczne , ale też czułem się, jakbym zrobił coś głupiego. Znając życie, zapamiętam to do końca życia, Niestety. Starałem się o tym zapomnieć. Wymazać z pamięci, mając nadzieję, że ta kobieta nie zna Cassie, lub mnie.
Chociaż ona wymawiała jej imię jakby ją znała na wylot. Wstałem, podpierając się na rękach. Wkładając ręce do kieszeni bluzy kierowałem się w stronę stołówki.
~*~
Obrazy na ścianach instytutu, głównie przedstawiające Nefilim, Anioła Razjela oraz jego dary, sprawiały wrażenie, jakby obserwowały każdego, kto idzie przez ciemne korytarze instytutu. Były one bowiem słabo oświetlone przez lampki na ścianach, których światło rzucało żółtą poświatę. W korytarzach okna były od siebie daleko położone, zasłonięte przez fioletowo-czarne ciemne zasłony, aż po podłogę. Zasłaniały one dopływ światła, tak, jakby nigdy nie miały oświetlać pomieszczenia.
Za oknami można było zobaczyć miasto,-wiele wieżowców konkurujące wielkością, ludzi przechodzących przez ulicę czy chodnik, mały park w pobliżu jednego z budynków. Trudno nie
było zauważyć wiele samochodów, ciężarówek czy innych pojazdów przejeżdżających przez ulicę. W niektórych miejscach na ścianach były małe pęknięcia, jedynie dodające mroczny urok temu miejscu. Słyszalne było tylko moje kroki. Właśnie wsiadłem do windy wciskając trzeci z kolei przycisk. Winda ruszyła z trzaskiem. Jak zwykle poczułem, jak winda podskoczyła do góry i miał wrażenie, że spadnie zaraz kilka pięter niżej, lecz tak na szczęście się nie stało. To
uczucie zawsze prześladowało mnie, gdy korzystałem z tutejszej windy. Gdy winda zatrzymała się ruszyłem do swojego pokoju. Zdjąłem ubrania i wszedłem pod prysznic w łazience. Zimna woda spływała po moim ciele. Całe moje ciało było pokryte runami oraz bliznami. Zimny prysznic był teraz moją zachcianką, ale także odprężeniem. Zastanawiało mnie, dlaczego nie znam tyle ludzi z
instytutu. Myśląc tyle, miałem na myśli Cassie, czy tą kobietę, na którą dziwnie zareagowała
Cassandra. Kiedy skończyłem się myć, owinąłem się w pasie ręcznikiem. Przebrałem się, po czym pokierowałem się w stronę stołówki
Cassie?
niedziela, 2 lipca 2017
Rozdział 1,6 - Cassandra
Walka zaczęła się dość zwyczajnie, jednak kiedy chłopak zaczął być nieco bardziej agresywny, musiałam bardziej skupiać się na samej obronie, niż na ataku. W pewnym momencie to ja przejęłam inicjatywę i uderzałam z coraz większą siłą w przeciwnika. Seth nie był gorszy i cały czas unikał moich ciosów, powodując, że zaczynałam być coraz bardziej zirytowana. Walka była zażarta, a nasze miecze uderzały w siebie z coraz większym naparciem, jakbyśmy dosłownie chcieli zrobić sobie krzywdę. Czułam coraz większą determinację, żeby pokazać, że naprawdę jestem lepsza, ale w pewnym momencie nasze nogi splotły się ze sobą, akurat wtedy, gdy brunet nie bronił swoich nóg, i upadliśmy na twardą podłogę z dość dużym hukiem. Upadek był o tyle niefortunny, że Seth spadł pierwszy, a ja zaraz na niego. Poczułam się dosyć niepewnie, czując na sobie rumieńce na, dosłownie, całej twarzy. Chłopak wydawał się być rozbawiony sytuacją, jednak tylko w obecności Damona nie czułam dyskomfortu, bo przyjaźniliśmy się od dziecka, a tego Łowcę znałam od niedawna.
Szybko podniosłam się, odwracając głowę, aby Seth nie dostrzegł rumieńców na mojej twarzy. Udałam, że poprawiam włosy, po czym podałam chłopakowi rękę.
- Czyli teoretycznie nikt nie wygrał? - spytał, posyłając mi lekki uśmiech.
- Tylko teoretycznie. Może walka na pięści coś zmieni. - wyszczerzyłam się zawadiacko, zabierając z półki dwie pary rękawic, po czym jedną z nich rzuciłam w stronę bruneta.
- Nie mam w zwyczaju bić dziewczyn. - odpowiedział, rzucając mi niepewne spojrzenie.
- Zaufam ci, że nie pobijesz mnie do nieprzytomności. Aha, i że nie będę mieć siniaków na twarzy, ale to chyba tylko szczegół. - rzuciłam na odchodne, zakładając rękawice.
- Nie wiem, czy na twoim miejscu bym sobie uwierzył. - wzruszył Seth ramionami, odtwarzając czynność. Uniosłam prawą brew, układając dłonie w charakterystycznym dla bokserów geście.
Nim chłopak zdążył się zorientować, rozpoczęłam atak, oczywiście niezbyt silny, by nie zmasakrować mu twarzy. Łowca szybko zdążył się zrewanżować, uderzając w moją głowę, przez co ogarnęły mnie lekkie zawroty, ale nie zamierzałam się poddać. Przed następnym ciosem z jego strony zrobiłam unik, po czym ponownie zaatakowałam. Zaczęliśmy chodzić przed sobą w kółko, po czym niespodziewanie Seth uderzył w mój brzuch, ramię a następnie miał zamiar wycelować prosto w moją twarz, jednak znów cudem uniknęłam ciosu, a gdy z chęcią zrewanżowania się chłopak również zrobił unik, zaczęłam się obawiać o przegraną. Nie oznaczało to jednak, że chcę się poddać - wręcz przeciwnie. Gdy brunet na chwilę zgubił czujność, zaatakowałam dwoma szybkimi uderzeniami z prawego sierpowego, po czym podcięłam mu nogi i kiedy leżał na ziemi, skoczyłam na niego, oplatając nogami. Zaczęłam uderzać, jednak nie dość mocno. W pewnym momencie usłyszałam ciche skrzypnięcie otwieranych drzwi, ale nie zamierzałam zgubić czujności. Niestety, jeden moment nieuwagi pozbawił mnie triumfu, ponieważ Seth wstał, przewracając mnie na drugą stronę. Tym razem to on wisiał nade mną, podpierając się rękoma. Dostrzegłam jego sarkastyczny uśmieszek, lecz kiedy spróbowałam się uwolnić, było to na nic.
- Ekhem... Nie chciałabym przerywać, Cassie, ale... - ten głos wzbudził we mnie dreszcze. O mój Boże, czy naprawdę moja matka widziała TO... Natychmiast odepchnęłam chłopaka i wstałam, czując na swoich policzkach piekące rumieńce.
- Tak? - zapytałam lekko ochrypłym głosem.
- Twój ojciec musi z tobą porozmawiać. - w głosie Victorii wyczułam nutkę niepewności, ale i stanowczości, przez co obawiałam się najgorszego. Ze spuszczoną głową przeszłam obok matki, a ta zamknęła za mną drzwi sali treningowej, zostawiając w niej skonfundowanego Seth'a samego.
Seth?
Szybko podniosłam się, odwracając głowę, aby Seth nie dostrzegł rumieńców na mojej twarzy. Udałam, że poprawiam włosy, po czym podałam chłopakowi rękę.
- Czyli teoretycznie nikt nie wygrał? - spytał, posyłając mi lekki uśmiech.
- Tylko teoretycznie. Może walka na pięści coś zmieni. - wyszczerzyłam się zawadiacko, zabierając z półki dwie pary rękawic, po czym jedną z nich rzuciłam w stronę bruneta.
- Nie mam w zwyczaju bić dziewczyn. - odpowiedział, rzucając mi niepewne spojrzenie.
- Zaufam ci, że nie pobijesz mnie do nieprzytomności. Aha, i że nie będę mieć siniaków na twarzy, ale to chyba tylko szczegół. - rzuciłam na odchodne, zakładając rękawice.
- Nie wiem, czy na twoim miejscu bym sobie uwierzył. - wzruszył Seth ramionami, odtwarzając czynność. Uniosłam prawą brew, układając dłonie w charakterystycznym dla bokserów geście.
Nim chłopak zdążył się zorientować, rozpoczęłam atak, oczywiście niezbyt silny, by nie zmasakrować mu twarzy. Łowca szybko zdążył się zrewanżować, uderzając w moją głowę, przez co ogarnęły mnie lekkie zawroty, ale nie zamierzałam się poddać. Przed następnym ciosem z jego strony zrobiłam unik, po czym ponownie zaatakowałam. Zaczęliśmy chodzić przed sobą w kółko, po czym niespodziewanie Seth uderzył w mój brzuch, ramię a następnie miał zamiar wycelować prosto w moją twarz, jednak znów cudem uniknęłam ciosu, a gdy z chęcią zrewanżowania się chłopak również zrobił unik, zaczęłam się obawiać o przegraną. Nie oznaczało to jednak, że chcę się poddać - wręcz przeciwnie. Gdy brunet na chwilę zgubił czujność, zaatakowałam dwoma szybkimi uderzeniami z prawego sierpowego, po czym podcięłam mu nogi i kiedy leżał na ziemi, skoczyłam na niego, oplatając nogami. Zaczęłam uderzać, jednak nie dość mocno. W pewnym momencie usłyszałam ciche skrzypnięcie otwieranych drzwi, ale nie zamierzałam zgubić czujności. Niestety, jeden moment nieuwagi pozbawił mnie triumfu, ponieważ Seth wstał, przewracając mnie na drugą stronę. Tym razem to on wisiał nade mną, podpierając się rękoma. Dostrzegłam jego sarkastyczny uśmieszek, lecz kiedy spróbowałam się uwolnić, było to na nic.
- Ekhem... Nie chciałabym przerywać, Cassie, ale... - ten głos wzbudził we mnie dreszcze. O mój Boże, czy naprawdę moja matka widziała TO... Natychmiast odepchnęłam chłopaka i wstałam, czując na swoich policzkach piekące rumieńce.
- Tak? - zapytałam lekko ochrypłym głosem.
- Twój ojciec musi z tobą porozmawiać. - w głosie Victorii wyczułam nutkę niepewności, ale i stanowczości, przez co obawiałam się najgorszego. Ze spuszczoną głową przeszłam obok matki, a ta zamknęła za mną drzwi sali treningowej, zostawiając w niej skonfundowanego Seth'a samego.
Seth?
sobota, 1 lipca 2017
Rozdział 1,5 - Seth
- Hej, nie zostawiaj mnie z tym psychopatą. Poza tym, poćwiczymy we
trójkę. -powiedziała dziewczyna uwalniając się z uścisku chłopaka.
-Eh.. okej-rzuciłem
-Jakim psychopatą?-powiedział zdziwiony chłopak-że ja? nie, nie, ja i psychopata? Cco?
Damon czasem zachowywał się jak duże dziecko, które ciągle papla. Nie wiem nawet jak on szybko może mówić tyle bezsensownych rzeczy. W pomieszczeniu było gorąco. Chmury lekko zasłaniały słońce, przez to w pomieszczeniu nie było tak jasno. W powietrzu stanowczo dało wyczuć zapach metalu i potu. Oprócz tego było zawsze duszno, co było normą w sali treningowej.
-Dobrze, więc co powiecie na walkę na Serfiackie noże?-zaproponowała Cassie szukając wzrokiem po ścianach zawieszonych modeli o przeróżnych wielkości, ostrości, czy kształtach.
-Jest nas troje, będzie trochę nieparzyście.
-Hmm, okej w taki razie-zaczęła Cassandra
-Ja z Cassie, a ty sam- szybko odpowiedział Demon z wielkim bananem na twarzy
-Niech będzie-powiedziałem wybierając pierwszy lepszy nóż z runą-ten, kto spadnie na podłogę, odpada.
Gdy byliśmy gotowi stanęliśmy na odpowiedniej odległości. Walka zaczęła się.
-Eh.. okej-rzuciłem
-Jakim psychopatą?-powiedział zdziwiony chłopak-że ja? nie, nie, ja i psychopata? Cco?
Damon czasem zachowywał się jak duże dziecko, które ciągle papla. Nie wiem nawet jak on szybko może mówić tyle bezsensownych rzeczy. W pomieszczeniu było gorąco. Chmury lekko zasłaniały słońce, przez to w pomieszczeniu nie było tak jasno. W powietrzu stanowczo dało wyczuć zapach metalu i potu. Oprócz tego było zawsze duszno, co było normą w sali treningowej.
-Dobrze, więc co powiecie na walkę na Serfiackie noże?-zaproponowała Cassie szukając wzrokiem po ścianach zawieszonych modeli o przeróżnych wielkości, ostrości, czy kształtach.
-Jest nas troje, będzie trochę nieparzyście.
-Hmm, okej w taki razie-zaczęła Cassandra
-Ja z Cassie, a ty sam- szybko odpowiedział Demon z wielkim bananem na twarzy
-Niech będzie-powiedziałem wybierając pierwszy lepszy nóż z runą-ten, kto spadnie na podłogę, odpada.
Gdy byliśmy gotowi stanęliśmy na odpowiedniej odległości. Walka zaczęła się.
~*~ ok 10 min. później ~*~
Stałem oparty o drewniany filar obok miejsca na walkę wręcz. Łatwo było się domyślić, że przegrałem, ale przynajmniej się starałem. Oglądałam teraz walkę, a raczej zmagania Damona z Cassandrą, która świetnie obchodziła się z mieczem. Chłopak wyglądał raczej jakby błąkał się po po sali, szukając wyjścia, zaś dziewczyna jakby się dobrze bawiła. Cassie wykonała teraz kopniak z pół obrotu wytrącając chłopaka z równowagi,tym samym wytrącając broń. Nefilim poleciał i mocno cisnął o ziemię. Rzadko miałem okazję oglądać tak satysfakcjonującą walkę. Właśnie była godzina 17.45. Za kwadrans miała być kolacja, co mnie przeraziło. Dlaczego? Już boję się co ta wiedź.. znaczy Pani Dolores zrobiła. Do tej pory niezbyt mile wspominam jest ostatnie danie po którym rzygałem jak kot dławiący się kłaczkiem. Szczerze, rzadko czułem potrzebę jedzenia. Nigdy nie miałem jakiegoś wybitnego apetytu.
-Wygrałam-rzuciła w patrząc się na Damona.
-Au, jakbym tego nie zauważył-powiedział obolały chłopak łapiąc się za bolące ramię.
Szczerze mówiąc-nie dziwię mu się. Po tak mocnym kopniaku.
-Dobra, nie wiem jak wy, ale idę chyba odreagować-powiedział przeciągając samogłoski Damon, po czym udał się do drzwi.
-Mamy jeszcze piętnaście minut-odezwałem się w końcu-więc jeśli chcesz możemy jeszcze zawalczyć, o ile masz ochotę.
-Czemu nie-odpowiedziała z lekkim uśmiechem dziewczyna
Po raz kolejny zaczęliśmy rzucać się na siebie z bronią. Dziewczyna sprytnie unikała moich ataków. Walka była niezwykle zacięta. Trudno było mi powiedzieć, kto jest lepszy. Czułem się, jakbym walczył z naprawdę dobrym w walce Nefilim. Miecze wciąż ocierały się o siebie powodując charakterystyczny dźwięk roznoszony przez echo sali. W pewnym momencie trudno było mi wyjaśnić to, co się stało. Nasze nogi zaczepiły się o siebie powodując nagłą i niespodziewaną utratę równowagi oboje polecieliśmy na podłogę, tylko, że Cassie spadła prosto na mnie, co wyglądało dosyć niezręcznie a zarazem komicznie.
Cassandra?
Rozdział 1,4 - Cassandra
Porywisty wiatr szarpał moimi włosami na dosłownie wszystkie strony, przez co znajdowały się wszędzie. Czułam delikatny chłód, który był miłym urozmaiceniem dla dzisiejszej, upalnej pogody, od której zaczynała boleć mnie głowa. Niebo było praktycznie bezchmurne, a dobiegające z nieopodal dźwięki ptaków pochodziły z małego parku niedaleko Instytutu. Siedzenie na dachu było z jednej strony ryzykowne, a z drugiej tak przyjemne, że mimo iż ryzykowałam życie i szlaban, to nigdy nie mogłam się powstrzymać. Obserwowałam ludzi przechodzących ulicami, którzy szli zupełnie nieświadomi tego, że są przez kogoś obserwowani.
Gdy spojrzałam na wyświetlacz telefonu i spostrzegłam, że za parę minut obiad, wzięłam swoje rzeczy i czym prędzej zbiegłam po krętych schodach prowadzących na parter, upewniając się wcześniej, że nikt nie przyłapie mnie na 'zbrodni'. Pobiegłam do pokoju przez znane mi już korytarze, by zostawić swoje rzeczy i poczłapałam w stronę jadalni. Przed wrotami do pomieszczenia czekał na mnie nie nikt inny, jak Damon, razem z Cecily, co dość mnie zdziwiło. Rzadko kiedy przyłapywałam ich na poważnej dyskusji, ale fakt, od wczoraj nie mieli szansy pogadać.
- I nie było tam już żadnych innych demonów? - spytała kobieta, unosząc brew w lekko podejrzliwym geście.
- Nie. Tylko te trzy. Sensory już nic nie wykazywały. - brunet wzruszył ramionami, wyraźnie pewny swoich racji. Cecily cicho westchnęła i spuściła wzrok z Damon'a, przez co dostrzegła mnie idącą w ich kierunku.
- Cześ... - zaczęłam, jednak mi przerwano.
- Cassie, jak to możliwe, że Sensory w Instytucie wskazują zwiększoną obecność demonów, a wasze wręcz przeciwnie? Nie sądzisz, że to dziwne? - Szefowa Instytutu była wyraźnie zirytowana. Wiedziałam jednak, że nie jest na nas zła, tylko po prostu Clave będzie się dopytywało. Przynajmniej odnosiłam takie wrażenie.
- Ja... Nie mam pojęcia? Nic więcej nie znaleźliśmy. - odparłam, krzyżując ręce na piersi.
- Dobrze, rozumiem. Tylko... Powiedzcie mi, jeżeli będziecie coś wiedzieć, dobrze? - dopiero teraz dostrzegłam wory pod oczami u Cecily. Najwyraźniej musiała być bardzo zmęczona.
- Oczywiście. - jak to Damon miał w zwyczaju, posłał kobiecie szelmowski uśmiech i poklepał ją po plecach. Kątem oka dostrzegłam, że gdy odchodził, uśmiechnął się i do mnie.
- Wszystko w porządku? Ty... Nie wyglądasz za dobrze. - spytałam, przez co zaraz ugryzłam się w język.
- Nie martw się. To po prostu zmęczenie. - wzruszyła ramionami, po czym obydwie ruszyłyśmy w stronę jadalni. Po obiedzie Damon namówił mnie na wspólny trening na sali. Stwierdził, że jestem dobra w strzelaniu z łuku, ale w walce wręcz zdecydowanie nie radziłam sobie zbyt dobrze. Oczywiście polemizowałam, lecz i to nie pomogło temu uparciuchowi. Zaczytana w jednej ze starych ksiąg z biblioteki, nie zauważyłam nawet, że się spóźniłam. Do sali dotarłam dziesięć minut po czasie, jednak to, co tam zobaczyłam, kompletnie zbiło mnie z tropu. Ta dwójka się lubiła?
- Cassie! - krzyknął brunet, energicznie machając w moją stronę, nadal leżąc na podłodze. Parsknęłam głośnym śmiechem, po czym podeszłam do chłopaków, którzy widocznie ze sobą walczyli.
- To wyraźnie uświadomiło mi, że jestem tutaj niepotrzebna. - stwierdziłam, kątem oka dostrzegając, jak Seth mi się przygląda. Odwróciłam się na pięcie, a ku mojemu zaskoczeniu, chłopak złapał mnie za kostkę i nie miał zamiaru puścić.
- Damon! Cholera, oszalałeś? To był żart! Puszczaj! - mimowolnie się roześmiałam.
- Chętnie dołączyłbym się do zabawy, ale nie chcę przeszkadzać. - Seth wzruszył ramionami z zamiarem wyjścia.
- Hej, nie zostawiaj mnie z tym psychopatą. Poza tym, poćwiczymy we trójkę. - rzuciłam w jego stronę, po czym w końcu wyrwałam się spod uścisku Damona. Spojrzałam na poznanego wczoraj Łowcę pytającym wzrokiem.
Seth?
Gdy spojrzałam na wyświetlacz telefonu i spostrzegłam, że za parę minut obiad, wzięłam swoje rzeczy i czym prędzej zbiegłam po krętych schodach prowadzących na parter, upewniając się wcześniej, że nikt nie przyłapie mnie na 'zbrodni'. Pobiegłam do pokoju przez znane mi już korytarze, by zostawić swoje rzeczy i poczłapałam w stronę jadalni. Przed wrotami do pomieszczenia czekał na mnie nie nikt inny, jak Damon, razem z Cecily, co dość mnie zdziwiło. Rzadko kiedy przyłapywałam ich na poważnej dyskusji, ale fakt, od wczoraj nie mieli szansy pogadać.
- I nie było tam już żadnych innych demonów? - spytała kobieta, unosząc brew w lekko podejrzliwym geście.
- Nie. Tylko te trzy. Sensory już nic nie wykazywały. - brunet wzruszył ramionami, wyraźnie pewny swoich racji. Cecily cicho westchnęła i spuściła wzrok z Damon'a, przez co dostrzegła mnie idącą w ich kierunku.
- Cześ... - zaczęłam, jednak mi przerwano.
- Cassie, jak to możliwe, że Sensory w Instytucie wskazują zwiększoną obecność demonów, a wasze wręcz przeciwnie? Nie sądzisz, że to dziwne? - Szefowa Instytutu była wyraźnie zirytowana. Wiedziałam jednak, że nie jest na nas zła, tylko po prostu Clave będzie się dopytywało. Przynajmniej odnosiłam takie wrażenie.
- Ja... Nie mam pojęcia? Nic więcej nie znaleźliśmy. - odparłam, krzyżując ręce na piersi.
- Dobrze, rozumiem. Tylko... Powiedzcie mi, jeżeli będziecie coś wiedzieć, dobrze? - dopiero teraz dostrzegłam wory pod oczami u Cecily. Najwyraźniej musiała być bardzo zmęczona.
- Oczywiście. - jak to Damon miał w zwyczaju, posłał kobiecie szelmowski uśmiech i poklepał ją po plecach. Kątem oka dostrzegłam, że gdy odchodził, uśmiechnął się i do mnie.
- Wszystko w porządku? Ty... Nie wyglądasz za dobrze. - spytałam, przez co zaraz ugryzłam się w język.
- Nie martw się. To po prostu zmęczenie. - wzruszyła ramionami, po czym obydwie ruszyłyśmy w stronę jadalni. Po obiedzie Damon namówił mnie na wspólny trening na sali. Stwierdził, że jestem dobra w strzelaniu z łuku, ale w walce wręcz zdecydowanie nie radziłam sobie zbyt dobrze. Oczywiście polemizowałam, lecz i to nie pomogło temu uparciuchowi. Zaczytana w jednej ze starych ksiąg z biblioteki, nie zauważyłam nawet, że się spóźniłam. Do sali dotarłam dziesięć minut po czasie, jednak to, co tam zobaczyłam, kompletnie zbiło mnie z tropu. Ta dwójka się lubiła?
- Cassie! - krzyknął brunet, energicznie machając w moją stronę, nadal leżąc na podłodze. Parsknęłam głośnym śmiechem, po czym podeszłam do chłopaków, którzy widocznie ze sobą walczyli.
- To wyraźnie uświadomiło mi, że jestem tutaj niepotrzebna. - stwierdziłam, kątem oka dostrzegając, jak Seth mi się przygląda. Odwróciłam się na pięcie, a ku mojemu zaskoczeniu, chłopak złapał mnie za kostkę i nie miał zamiaru puścić.
- Damon! Cholera, oszalałeś? To był żart! Puszczaj! - mimowolnie się roześmiałam.
- Chętnie dołączyłbym się do zabawy, ale nie chcę przeszkadzać. - Seth wzruszył ramionami z zamiarem wyjścia.
- Hej, nie zostawiaj mnie z tym psychopatą. Poza tym, poćwiczymy we trójkę. - rzuciłam w jego stronę, po czym w końcu wyrwałam się spod uścisku Damona. Spojrzałam na poznanego wczoraj Łowcę pytającym wzrokiem.
Seth?
Rozdział 1,3 - Seth
Z krzaków wyskoczyła jakaś postać. Instynktownie sięgnąłem do pasa z bronią. Cassandra napięła już łuk ze strzałą. Ku naszemu zdziwieniu z krzaków wyskoczył Nefilim. Widziałem już go kiedyś w instytucie.
-Damon, naprawdę?-powiedziała z lekkim zażenowaniem dziewczyna.
-Damon, naprawdę?-powiedziała z lekkim zażenowaniem dziewczyna.
~*~
Było już późne popołudnie. Nawet nie zdążyłem się zorientować, kiedy czas tak szybko minął. Postanowiłem udać się na salę treningową. Dolores pewnie będzie miała mi za złe, że nie przyszyłem na obiad, był bowiem godzinę temu. Ubrałem czarny stój do ćwiczeń i kierowałem się do sali. Ku mojemu zdziwieniu-była całkiem pusta. A jednak.
-Bu-usłyszałem tuż za mną.
Szybkim ruchem odwróciłem głowę.
-Damon?
-We własnej osobie. Przyszedłem potrenować z Cassie, ale na razie się przebiera, więc łap-powiedział rzucając w moją stronę długi, drewniany kije służące do treningu walki w ręcz. W prawdziwej walce używało się metalowych.
Złapałem broń i ustawiłem się na odpowiedniej pozycji. Kiedy walka się zaczęła, mój przeciwnik podbiegł do mnie i spróbował mnie ściąć . Podskoczyłem unikając ataku, po czym odepchnąłem się od belki przy suficie lądując za przeciwnikiem. Spróbowałem uderzyć go w łopatki, jednak ten szybko się odwrócił i użył swojej broni jako tarczy unikając uderzenia. Nasza broń stworzyła teraz coś na wzór litery x. Natychmiastowo zaczęliśmy się nimi przepychać. Przez momenty ja byłem silniejszy, po chwili jednak on. Damon założył nogę za moją, po czym szybko ją pociągnął w swoją stronę. Tracąc równowagę upadłem, upuszczając moją broń. Ten szybko wycelował kijem w moją twarz.
-Wygrałem- powiedział triumfalne ze szelmowskim uśmieszkiem na twarzy.
-Nie byłym taki tego pewien -powiedziałem szybko i złapałem za czubek jego broni tuż przed moją szyją broń, po czym odepchnąłem kopnąłem go z całej siły, a ten poleciał twardo na ziemię.
-Wygrałem-powiedziałem z wielkim uśmiechem, po czym się od niego odsunąłem, trzymając rękę w tyle z bronią.
W tym momencie drzwi do sali się otworzyły.
-Cassie!-krzyknął Demon machając do niej energicznie jak małe dziecko.
Cassie?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
x x x x x x x.